Gdy
tylko zobaczyłam tytuł tej książki, wiedziałam, że jest ona dla
mnie stworzona. A szwedzkie nazwisko na okładce tylko potwierdzało
moje przekonanie – w końcu kto nie słyszał, że to właśnie
Szwedzi są najlepsi w pisaniu kryminałów? (Swoją
drogą ciekawe skąd to się bierze? Klimat i ponura aura stają się
świetnym natchnieniem do opisywania morderstw?)
I tak dzięki prawie sześciuset stronom przeniosłam się do Göteborgu
i miałam zamiar się dobrze bawić (tak,
podczas śledztwa w sprawie morderstw. Nie, nie pytajcie). Aura
była sprzyjająca, bo wyjątkowo ładne lato we Szwecji nie
chciało odejść, więc pozostało mi tylko dać się porwać nowej przygodzie. Jednak zaczęło się nie tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła.
Pierwsze sto stron było dla mnie istną katorgą. Nagromadzenie bohaterów,
nagłe przeskoki od jednego do drugiego i (uwaga!)
nie
wyróżnione niczym szczególnym fragmenty z przeszłości, sprawiły,
że zgubiłam się na dzień dobry i za nic nie mogłam znaleźć.
Zamykałam książkę i nie wiedziałam, co się właściwie
wydarzyło, dlaczego i u kogo. I choć rozumiem doskonale, że był
to efekt zamierzony – całość układanki z czasem się wyjaśniała
– tak trwało to zdecydowanie za długo. Nie każdy ma ochotę
przedzierać się z wysiłkiem przez 1/6 książki i czuć się przy
tym jak idiota pozbawiony zdolności czytania ze zrozumieniem.
Ale
przedarłam się. Dotrwałam do momentu, w którym wątki zaczęły
się przeplatać, bohaterów zaczęłam rozróżniać (ale
tylko po imionach)
i mogłam nacieszyć się historią. Koncepcja powieści jest bardzo
ciekawa – mamy zbiór morderstw powiązanych ze sobą, ale w sposób
od którego lokalni śledczy dostają migreny. Mają świadomość,
że istnieje korelacja, że to jest sprawka jednej osoby – jednak za
nic nie mogą odgadnąć motywu i znaleźć schematu. Przeczucie mówi
jedno, a dowody mówią co innego. W dodatku odzywają się echa
przeszłości, nierozwiązanej do tej pory sprawy zaginięcia
piętnastoletniej dziewczynki.
Zbrodnia przeważnie jest kwestią przypadku. Zbrodnia prawie nigdy nie jest racjonalna.
![]() |
Źródło |
Żeby
nie znudzić się śledztwem dostajemy też na dokładkę zwykłe
życie bohaterów. Problem polegał na tym, że wszyscy pracujący na
policji mieli bardzo podobne problemy rodzinne, co doprowadzało mnie
do szewskiej pasji. Sprawiało, że bohaterów rozróżniałam
tylko po imionach (wspominałam
już o tym, prawda?), bo
po sytuacjach rodzinnych po prostu się nie dało. Głównego
bohatera, Ericka Wintera, wyróżniały tylko migreny – a nie,
przepraszam, na migreny cierpiał też inny bohater, Lejon. Dzięki temu przez pewien czas byłam święcie przekonana, że czytam o Winterze,
po to, żeby nagle dowiedzieć się, że jednak nie. Bohaterowie byli
do siebie podobni, niczym bliźnięta jednojajowe – mogłabym
wspomnieć o jednym i poznalibyście całą resztę. Jest to dla mnie
tym bardziej zaskakujące, że jest to 9 tom serii o komisarzu
Winterze*, a postacie nie wykształciły swoich charakterów. Są
jedną wielką szarą masą.
Z
kolei dialogi jakie prowadzą, są tak sztuczne i drętwe, że miałam
ochotę rzucić książką, pojechać do Szwecji i sprawdzić, czy
ich rozmowy też tak wyglądają. O dziwo z czasem udało mi się
przestać zwracać na to uwagę.
Ale,
przecież mówiłam, że w końcu się wciągnęłam. Trzeba
przyznać, że jeżeli przekroczy się pewny moment, gdy w końcu
zaczynasz rozumieć co się dzieje, dialogi przestają wadzić, a i
bohaterów w miarę kojarzysz, znika gdzieś ta cała frustracja –
to Autor potrafi zbudować napięcie i rzucić kilka zagadek, nad
którymi czytelnik będzie się głowił. Akcja wyrwie się do przodu
i ukradnie kilka wieczorów pod rząd.
Choć
zakończenie nie do końca mnie usatysfakcjonowało (nie
bardzo kupuję intencje głównego złego – nie pasowało to do
tego bohatera. Być może nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie
fakt, że tuż obok niego była postać, do której te motywy
pasowały by idealnie, bo miałyby wytłumaczenie logiczne),
to książka w ogólnym rozrachunku wypada całkiem sympatycznie. O
ile jesteście w stanie zacisnąć zęby, odłożyć dumę na bok i
przetrwać pierwszą część książki.
![]() |
Źródło |
*Tomy
łączy postać komisarza, natomiast każdy z nich opowiada o innej
sprawie, dlatego nie musiałam się bać, że nie zrozumiem wątku,
bez znajomości wcześniejszych części.
Ostatnio czytałam powieść Hakana Nessera, w której wśród bohaterów (policjantów) wyróżniał się tylko jeden. Reszta tworzyła mało interesujący tłum. To bardzo irytujące;) Lubię skandynawskie kryminały, ale naprawdę nie mam ochoty sięgać po kolejny, w którym nie do końca będę wiedziała o co chodzi.
OdpowiedzUsuńZ Edwardsonem jest tak, że albo się go lubi albo nie. Ja należę do tych lubiących, aczkolwiek mam podobne odczucia co do dialogów, bo Szwedzi tak nie rozmawiają, nie wtrącają do chwilę angielskich słówek czy cytatów. Poza tym Edwardson pisze nierówno, ma lepsze i gorsze tytuły, ale akurat jego polecałabym czytać po kolei, bo życie prywatne bohaterów zmienia się diametralnie na przestrzeni kolejnych tomów. Nie wiem jak to wygląda w "Prawie martwym", bo na razie jestem po siedmiu tomach i jakoś nie mogę ruszyć dalej, ale jednak gdybym czytała nie po kolei (co akurat często mi się zdarza) to miałabym problem ze zrozumieniem części wątków.
OdpowiedzUsuńDużego wyboru nie miałam, bo dostałam go w prezencie :)
UsuńMam co do niego bardzo mieszane uczucia, bo pomimo że miejscami strasznie mnie drażnił, to jednak po zamknięciu książki nie czułam, że był to czas stracony. Więc kto wie, może w przyszłości zajrzę do tomu pierwszego i albo go pokocham, albo stwierdzę, że jest zdecydowanie nie dla mnie :)