niedziela, 24 czerwca 2012

Uczta dla wron tom II: Sieć spisków – George R. R. Martin

W poprzedniej recenzji narzekałam na Martina, że trochę się zepsuł, zgubił gdzieś swój styl. Na szczęście w tej części Uczty dla wron, autor powrócił do formy. Ale zacznijmy od początku.
Tym razem w fabule dzieje się dużo więcej. Spiski knute w poprzednim tomie zaczynają być wprowadzane w życie, a wędrowcy docierają w końcu do celu – choć nie wszyscy szczęśliwie. Tak moi drodzy, wraz z powrotem formy pisarskiej, powróciła także miłość Martina do krzywdzenia swoich bohaterów. Ile razy o mało nie rzuciłam książką – dość skutecznie powstrzymywało mnie tylko to, że posiadam jej elektroniczne wydanie. Chciało mi się krzyczeć i płakać jednocześnie, kilka razy nawet się zarzekałam, że już nie wrócę do czytania. Ale szybko wracałam, na tym w końcu polega magia Pieśni lodu i ognia. Ja sama uważam to za duży (choć czasem naprawdę frustrujący) plus – niepewność czy dana postać przeżyje, sprawia, że czyta się z zapartym tchem i skołatanymi nerwami.
Autor nadal stosuje dziwne tytułowanie rozdziałów, na które już poprzednio zwróciłam uwagę. Gdy postać
zaczyna podszywać się pod innym imieniem, rozdziały jej poświęcone zaczynają być inaczej nazywane. Tym razem był bardziej konsekwentny i objął tą zasadą nie tylko Sansę, ale także Aryę. Dla mnie jednak jest to zabieg kłócący się z tym, co mieliśmy we wcześniejszych tomach i tu zdania raczej nie zmienię.
A z jakim światem przyszło się nam zmierzyć? Sytuacja polityczna zmienia się z każdą kolejną stroną. W jednej chwili wydaje się, że wojna zmierza ku końcowi, by w następnej jedna nieprzemyślana decyzja, idiotyczny plan któregoś z władców Siedmiu Królestw doprowadza do kolejnych walk. Wszędzie dookoła grasują banici, którzy już sami nie wiedzą komu chcieli by służyć i za czyją sprawę ginąć, ale nie przeszkadza im to mordować wszystkich na około. Także wędrujemy przez lasy pełne wisielców i pola pełne stryczków, pływamy rzekami gdzie więcej jest krwi niż wody z unoszącymi się na falach nieboszczykami.
A zakończenie? Oj, moi drodzy zakończenie jest... denerwujące. Czytamy piękny tytuł rozdziału „A tymczasem na murze” i... notkę od autora:
– Hej chwileczkę! – wołają z pewnością w tej chwili niektórzy z was. – Chwileczkę, chwileczkę! A gdzie Dany i smoki? Gdzie Tyrion? Jona Snow też prawie nie widzieliśmy... To nie może być wszystko...
I jak sam dalej pisze nie jest. Ale żeby poznać resztę i spotkać Tyriona, Jona, Dany, i pozostałych musimy sięgnąć po kolejny tom.
Podsumowując: Uczta dla wron tom II, to kawał dobrej lektury. Polecam ją z czystym sumieniem. I idę szukać kolejnej części Pieśni lodu i ognia.


A na zakończenie mały komiks, oddający dokładnie to, co czują fani Martina podczas czytania:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

JEŻELI NIE MASZ KONTA, WYBIERZ OPCJĘ NAZWA/ADRES URL I WPISZ SWOJE IMIĘ/NICK. ADRES STRONY MOŻE POZOSTAĆ PUSTY :)
Weryfikacja obrazkowa pomaga w blokowaniu spamu, który bez niej dosłownie zalewa bloga.

PRZECZYTAJ TAKŻE: